"Gazeta Wyborcza": “Pomysł Putina na Rosję się skończył”

"Gazeta Wyborcza": “Pomysł Putina na Rosję się skończył”

Mimo dziesięciu lat rządów Putina Rosja jest wciąż na peryferiach świata rozwiniętego - mówi Sławomir Dębski, dyrektor Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych
Marcin Wojciechowski: Czy Władimir Putin cofnął przez dziesięć lat rosyjską demokrację, czy uchronił kraj przed rozpadem?
Sławomir Dębski: Putin obejmował władzę pod hasłem wzmocnienia państwa, tzw. pionu władzy, oraz modernizacji Rosji. Wzmocnienie państwa mu się udało. Zatrzymał proces destabilizacji Rosji zapoczątkowany rozpadem ZSRR. Stłumienie procesów odśrodkowych, czego najbardziej jaskrawym przykładem była sytuacja w Czeczenii, doprowadziło do konsolidacji państwa. Zapłacono jednak za to regresem w dziedzinie demokracji.
I tu pojawia się kłopot w ocenie dziesięciolecia rządów Putina. Z jednej strony państwo stało się efektywniejsze, z drugiej - zahamowanie demokratyzacji uniemożliwia jego unowocześnianie. Modernizacji nie da się przeprowadzić bez liberalizacji systemu, zwiększenia demokracji, bez prywatyzacji, przyciągnięcia inwestorów i otwarcia Rosji na świat w ogóle. Putin osiągnął więc swój cel połowicznie - zwiększył skuteczność aparatu państwowego, ale Rosji nie zmodernizował.
Co jest dziś głównym problemem Rosji?
- Deficyt zaufania do Rosji, przede wszystkim na Zachodzie. Rosja wystraszyła inwestorów. Nawet tak wyrachowani gracze jak magnat medialny Ruppert Murdoch uważają, że nie da się w rosyjskich warunkach robić biznesu.
W pierwszym roku prezydentury Putin przedstawiał się jako liberał. Jego plan reform był bardzo ambitny. Po trzech kolejnych latach nic jednak z tych reform nie zostało.
- Wycofano się z reform, bo sztukmistrze ekonomiczni wokół Putina przekonali go, że dzięki wysokim cenom surowców uda się przeprowadzić modernizację Rosji jakby przy okazji.
Gdy Putin doszedł do władzy, Rosja miała problem z pozyskiwaniem kapitału na spłatę podstawowych zobowiązań społecznych. Było to krótko po kryzysie ekonomicznym 1998 r. Dobra koniunktura na surowce, napływ łatwego pieniądza do budżetu spowodował, że na Kremlu zabrakło determinacji do prowadzenia radykalnych reform. Ekipa reformatorów gospodarczych z początku rządów Putina - Michaił Kasjanow, German Gref, Aleksiej Kudrin, Andriej Iłłarionow - została usunięta w cień. Ich ówcześni sojusznicy z rosyjskich środowisk biznesowych albo siedzą w więzieniu, albo zbiegli za granicę, albo zostali w kraju, lecz pozbyli się złudzeń.
W 2000 r. German Gref bardzo ciepło wypowiadał się o zmarłym kilka dni temu Jegorze Gajdarze, architekcie reform gospodarczych w Rosji lat 90. Gref uważał, że dwie osoby uratowały Rosję po rozpadzie ZSRR: Gajdar, tworząc zręby gospodarki rynkowej, i Putin, zapobiegając rozkładowi państwa. Wydawało się, że Putin połączy te doświadczenia - wzmocni państwo, by mogło sprawnie wdrażać radykalne reformy. Ale tak się nie stało.
Jak w świetle kryzysu roku 2008 można spojrzeć na rządy Putina?
- Kryzys pokazał, jak wielką iluzją był pomysł Putina, by opierać modernizację Rosji wyłącznie na boomie surowcowym. Na razie niewiele wskazuje na to, by sam Putin wyciągnął z tego wnioski. Rosyjska elita dokonuje jednak pewnej rewizji oceny ostatnich dziesięciu lat. Zaczyna się kształtować pogląd, że z punktu widzenia reformowania kraju to była zmarnowana dekada. Rosja jest całkowicie uzależniona od cen surowców na najważniejszych giełdach świata, mówił o tym zresztą w swoim ostatnim orędziu prezydent Dmitrij Miedwiediew. Rosja de facto nic nie produkuje. Jej gospodarka zamknęła się na świat, nie jest członkiem Światowej Organizacji Handlu.
Dziesięć lat po dojściu Putina do władzy ponownie słychać głosy, że Rosja powinna postawić na modernizację państwa, przemysłu, społeczeństwa, systemu politycznego, dokonać wielkiej przebudowy. Te głosy płyną z kręgu prezydenta Miedwiediewa. Dziś Putin też mówi o modernizacji, ale ograniczonej do przemysłu i infrastruktury. Jakby nie chciał pogodzić się z myślą, że zaproponowany przez niego model się wyczerpał.
Przez dziesięć lat Putin prowadził rozmaitą politykę wobec Polski. Na początku jego rządów nasze stosunki były nijakie, ale raczej chłodne po wejściu Polski do NATO. Potem nastąpiło jeszcze większe pogorszenie po pomarańczowej rewolucji na Ukrainie. Dlaczego od pewnego czasu Putin robi wyraźne gesty wobec Polski, czego wyrazem była jego wizyta w Gdańsku 1 września?
- Putin był w Polsce trzy razy przez ostatnią dekadę. Pierwsza wizyta miała miejsce w 2001 r., druga była raczej symboliczna, bo związana z 60. rocznicą wyzwolenia obozu w Auschwitz przez Armię Czerwoną, do trzeciej doszło trzy miesiące temu. Rosja testowała wobec Polski różne warianty swojej polityki. Ma większy potencjał, ponosi więc większą odpowiedzialność za stan wzajemnych relacji.
Były okresy, gdy nasze stosunki sprowadzono do absolutnego minimum, np. po wydaleniu rosyjskich szpiegów z naszego kraju. Podobnie było po pomarańczowej rewolucji na Ukrainie. Następnie był moment, że po odejściu Aleksandra Kwaśniewskiego Rosja dążyła do poprawy stosunków z Polską, ale szybko się to skończyło. Wprowadzono embargo na nasze mięso i relacje znowu się pogorszyły.
Po ostatnich wyborach w Polsce Rosja poszukuje kolejnego nowego otwarcia. Dostrzegła, że choć jesteśmy nowym członkiem UE, to możemy dość skutecznie utrudniać Moskwie realizację jej celów w Europie. Rosja liczyła na to, że przez pierwsze lata nowe kraje członkowskie Unii nie będą miały wiele do powiedzenia, jak niegdyś kandydaci do partii komunistycznej, którzy musieli przejść staż, aż nabiorą wszystkich uprawnień. To był błąd. Polska potrafi oddziaływać na politykę UE wobec Rosji. To sprawiło, że Putin postanowił poszukać jakiegoś modus vivendi z Polską.
Na czym ma ono polegać?
- Ważne dla nas kwestie symboliczne, np. sprawa katyńska, są dla Rosji mniej istotne. Moskwa jest otwarta na rozmowy o nich i jest gotowa wykonywać jakieś gesty dobrej woli pod warunkiem uwzględnienia jej interesów gospodarczych - korzystnych warunków sprzedaży gazu oraz zgody na większą obecność rosyjskiego biznesu w naszym kraju.
Z punktu widzenia Moskwy najlepiej, by konsekwencją poprawy relacji polsko-rosyjskich była mniejsza aktywność w pokazywaniu przez Warszawę w Europie zagrożeń mogących wypływać z Rosji oraz mniejsza aktywność Polski np. na Ukrainie, którą Moskwa uznaje za obszar swoich tradycyjnych zainteresowań.
Obawiam się, że takie rozumienie sprawy przez część rosyjskich elit władzy może doprowadzić wkrótce do obustronnego rozczarowania. Zaakceptowanie takiej wizji relacji polsko-rosyjskich będzie bowiem dla polskich władz trudne niezależnie od opcji politycznej. Polskie zaangażowanie w promocję europejskiego modelu rozwoju w Europie Wschodniej jest bowiem częścią naszej europejskiej tożsamości. Tego się u nas nie negocjuje.