

Prezydent Dmitrij Miedwiediew zgodził się spotkać z przywódcami frakcji parlamentarnych, protestujących przeciwko fałszerstwom wyborczym. - Dla Rosjan znak, że prezydent jest słaby. Może to doprowadzić do destabilizacji sytuacji - mówi «Gazecie» Olga Krysztanowska
Trzy kluby parlamentarne zbojkotowały w środę posiedzenie Dumy, protestując przeciw sfałszowaniu niedzielnych wyborów lokalnych w Rosji. W środę przedstawiciele Kremla zdecydowanie odmawiali protestującym komunistom, partii Władimira Żyrinowskiego oraz ugrupowaniu Sprawiedliwa Rosja spełnienia ich żądań. Powtarzali, że prezydent znajdzie dla nich czas najwcześniej we wtorek. W odpowiedzi posłowie grozili, że póki Miedwiediew ich nie przyjmie, nie będą brać udziału w posiedzeniach niższej izby parlamentu.
Wczoraj Kreml się złamał i Natalia Timakowa, rzecznik prezydenta, zapowiedziała, że do spotkania może dojść szybciej a prezydent rozmawiał przez telefon z Żyrinowskim i przywódcą komunistów Giennadijem Ziuganowem.
Po tym ustępstwie żyrinowcy i «sprawiedliwi» zapowiedzieli, że wezmą udział w piątkowym posiedzeniu Dumy. Komuniści jednak postanowili dalej bojkotować pracę parlamentu. I zapowiadają, że wrócą do niego dopiero po rozmowie z Miedwiediewem.
Komuniści domagają się powołania komisji śledczej do zbadania przypadków łamania prawa w niedzielnych wyborach. Chcą też, aby na czas, kiedy będzie prowadzone dochodzenie, gubernatorzy regionów, gdzie doszło do największych nadużyć, zostali zawieszeni.
Według nich przewodniczący Centralnej Komisji Wyborczej Władimir Czurow powinien zostać zdymisjonowany. Komuniści żądają też umożliwienia im przedstawienia ich racji w państwowej telewizji.
Do protestów przeciwko nadużyciom wyborczym dochodzi nie tylko w parlamencie. W Astrachaniu działacze Sprawiedliwej Rosji, partii założonej zaledwie kilka lat temu przez kremlowskich technologów politycznych, odważyli się na krok w Rosji niesłychany. Na brzegu Wołgi ustawili, jak sami mówią, «mały Majdan».
Rozbili tam kilka namiotów i rozpoczęli protest przeciwko wynikom wyborów mera, które oficjalnie wygrał kandydat Jednej Rosji. Jak powiedział Radiu Swoboda Oleg Szejn, jeden z przywódców partii, ludzie protestują, «bo nie chcą żyć pod kontrolą zorganizowanej grupy przestępczej, która doszła do władzy przy użyciu siły».
Według niego w czasie kampanii wyborczej zwolennicy Jednej Rosji, putinowskiej partii władzy uciekali się do «porywania ludzi, dziurawienia opon samochodów, na których były nasze plakaty, po nocach wdzierali się do mieszkań, na balkonach których były nasze transparenty, a szefowi naszego sztabu wyborczego wrzucili przez okno butelkę z płynem zapalającym».
Wacław Radziwinowicz: Czy Rosji grozi kolorowa rewolucja?
Olga Krysztanowska: Nie sądzę, choć powody oczywiście są. To, co zazwyczaj nazywa się kolorowymi rewolucjami, to w istocie rzeczy rewolucje elektoralne wywołane oburzeniem na sfałszowanie wyborów. Niestety, w Rosji powstał taki paradoksalny system, w którym ludzie chodzą na wybory, ale nie wierzą, że one mają znaczenie. Nasze badania dowodzą, że tylko około 13 proc. Rosjan biorących udział w głosowaniu uważa, że ich głosy wpływają na wynik wyborów. Na Zachodzie to 65-75 proc.
Więc protest trzech partii, które zbojkotowały środowe posiedzenie Dumy, to żadna tam pomarańczowa rewolucja, a co najwyżej bladopomarańczowy nastrój. Bo ten protest nie ma szans poparcia przez oburzone masy .
Ludzie warczą, ktoś tam mówi, że Władimir Żyrinowski jest zuch, bo władze na pewno sfałszowały wyniki wyborów. Ale nie ma żadnej siły, która mogłaby skonsolidować to warczenie.
Komuniści zapowiadali, że zbiorą swoich zwolenników w niedzielę w centrum Moskwy. Żyrinowski też grozi. Rosyjski Majdan organizowany przez czerwonych i brunatnych...
- ...gdzie tam...
...to niech pani zgadnie, pod czyimi portretami zebrałby się taki tłum.
- Ha, ha, ha! Nie byłoby komu nieść portretów Stalina, bo ludzi zebrałoby się za mało. W sierpniu robiłam sondaże w regionach. Okazało się, że ludzie uważają, że władza wszystko robi źle i działa tylko w swoim, a nie społeczeństwa, interesie. Ale jednocześnie wszyscy zgodnie kochają Władimira Putina!
A pytani, jaka partia wyraża ich interesy, odpowiadali, że partia władzy, czyli Jedna Rosja, bo oni wierzą Putinowi. Nikt nie mówił, że partia Żyrinowskiego, na komunistów wskazywali pojedynczy ludzie.
Dlaczego więc posłowie trzech frakcji zdecydowali się na protest? Poniosły ich emocje?
- Tak, to też część naszej kultury politycznej. Nie było jeszcze w Rosji takiego przypadku, żeby po wyborach przegrany uścisnął rękę zwycięzcy i pogratulował mu. Zawsze jest krzyk, że to fałszerstwo i spisek.
Ale w tym, co się teraz dzieje w Dumie, jest też sens polityczny. Żyrinowski jako człowiek mądry, przez lata wiernie służący Kremlowi, postanowił wtórować Dmitrijowi Miedwiediewowi, dać publicznie dowód zapewnieniom prezydenta o tym, że u nas rozwija się demokracja i pluralizm. Że jest rzeczywista opozycja parlamentarna, a nie tylko marginalne podziemie w rodzaju Michaiła Kasjanowa czy Gariego Kasparowa. Że wybory to prawdziwa walka wyborcza.
Jeśli to gra, w której Żyrinowski czy przywódca komunistów Giennadij Ziuganow postanowili wystąpić w nowych dla siebie rolach prawdziwych demokratów, to Miedwiediew też w tej grze bierze udział.
- Rzeczywiście, zadziwia mnie fakt, że prezydent, wychodząc naprzeciw parlamentarnym buntownikom, zgodził się z nimi spotkać. Gdyby prezydentem był Putin, nigdy by czegoś takiego nie zrobił. On zawsze trzymał się zasady, że nigdy nie wolno ustępować pod czyimkolwiek naciskiem - i dzięki temu cieszy się niezmiennie ogromnym poparciem Rosjan.
A Miedwiediew ustąpił. Dla Rosjan to znak, że jest miękki, słaby. I boję się, że to może doprowadzić do destabilizacji sytuacji. U nas fundamentem stabilizacji jest strach przed silnym przywódcą, który może ukarać. Jeśli jednak można wstać, wyjść z Dumy i potem jeszcze być przyjętym przez prezydenta, który wysłucha twoich racji, to sygnał, że można naciskać na władzę. A to u nas oznacza destabilizację.
Dzisiejsze gazety piszą, że człowieka takiego jak Żyrinowski, który od lat je z ręki Kremla, nie stać na odwagę, by samodzielnie rzucić wyzwanie partii Putina. On nie zbuntowałby się bez sygnału z Kremla...
- Nie zgadzam się z tym. Kreml jest dziś pusty, nie ma tam nikogo, kogo byłoby stać na przeprowadzenie tak skomplikowanej intrygi. Przy tym bardzo ryzykownej. Protest przeciwko wynikom wyborów rzeczywiście wywołuje pomarańczowe nastroje, czego na szczytach władzy w Rosji wszyscy panicznie się boją.
Myślę, że sprytny Żyrinowski, który intuicyjnie wyczuwa życzenia władzy i bardzo często odgaduje nastroje rządzących, doszedł do wniosku, że teraz ważny jest trend na liberalizację, i wsiadł do tramwaju, którym, jak zgaduje, chce kierować Miedwiediew. I dlatego atakuje partię Putina.
Poczuł, że pęka tandem rządzący krajem?
- Gdyby Putin siedział na tronie, nikt by się nie ośmielił wszczynać buntu. A on teraz jest trochę na uboczu. Ale parlamentarni buntownicy wyświadczą Miedwiediewowi niedźwiedzią przysługę. Są u nas siły, które chcą osłabić prezydenta, pokazać, że jest miękki, co w oczach Rosjan będzie dowodem, że jest gorszy od twardego Putina.
Bunt w Dumie jest tak naprawdę przygrywką do wyborów prezydenckich 2012 r., o udziale w których myśli i obecny prezydent, i premier.
*Olga Krysztanowska jest autorką fundamentalnych prac poświęconych elicie rosyjskiej. Kieruje Ośrodkiem Studiów nad Elitami w Instytucie Socjologii Rosyjskiej Akademii Nauk.