Rosjanin pytany: «Jak się masz?», chętnie odpowie ponurym żartem: «Nie doczekacie się». Felieton z cyklu «Z Rosji o Rosji»
Przez ostatni rok w pytaniu o to, co słychać w rządzącym Rosją tandemie, kryje się aluzja, kiedy wreszcie prezydent Dmitrij Miedwiediew zechce sięgnąć po prawdziwą władzę i zacznie ją odbierać premierowi Władimirowi Putinowi, który, choć formalnie jest nr. 2, wciąż rządzi krajem.
Znawcy, obserwatorzy, eksperci odpowiadają znów: «Nie doczekacie się». I tłumaczą logicznie, że pęknięcie tandemu byłoby śmiertelnie niebezpieczne i dla prezydenta, i premiera. Póki w żyłach ich obu, jak to niedawno określił Miedwiediew, «płynie ta sama krew», a duet jest czy też w oczach opinii publicznej przynajmniej wydaje się monolitem, sytuacja w kraju jest pod kontrolą, panuje spokój i nic nie zagraża stabilizacji.
A gdyby tylko tandemokraci zaczęli konkurować ze sobą, krytykować się nawzajem, wszystko to runęłoby. Rosyjska wojna na górze byłaby straszna. W tym kraju «być u władzy» znaczy «mieć». I to mieć niewyobrażalnie dużo. Kiedyś Ludmiła Aleksiejewa, dawna dysydentka, powiedziała mi: - Co wy macie w tej Polsce? Co tam u was można ukraść? Aunas sam Gazprom ile jest wart!
Również dla prostych Rosjan «niestabilność na górze» oznacza jedno - to, na co mówią «pieredieł sobstwiennosti», czyli «powtórny podział majątku».
«Pieredieł» był w latach 90., kiedy w miastach całej Rosji toczyły się krwawe wojny o bazary, kiedy nowi oligarchowie, czasem nawet pod lufami czołgów, odbierali gangom huty aluminium.
«Pieredieł» był i przy Putinie. Koledzy prezydenta ze służb specjalnych przejęli majątek spółki naftowej Jukos, posyłając jej właściciela Michaiła Chodorkowskiego do łagru, i uzyskali udział w biznesach innych oligarchów. Ten «powtórny podział» był już znacznie spokojniejszy. Bo w kraju była przecież stabilizacja, co oznaczało, że za ludźmi Putina stoją i siła, i prawo.
Jeśliby teraz prezydent spróbował się wyemancypować i odsunąć swego starszego kolegę na drugi plan, «miedwiediewscy» wzięliby się natychmiast za łby z «putinowskimi». Jedni eksperci wskazują, że «prezydenccy» są bardzo słabi i stanowią mniej niż 30 proc. funkcjonariuszy centralnych organów władzy. Inni mówią, że w ogóle ich nie ma - przecież Miedwiediew przyszedł na Kreml bez swojej drużyny, a wszystkie kluczowe stanowiska zajmują tam wciąż «putinowscy».
To jednak chyba nie jest tak ważne. Gdyby tylko pojawiła się perspektywa wymiany elit i nowego «pierediełu», łowców nagród zebrałoby się wielu. Ryzyko wprawdzie wielkie, ale wygrana bardzo wysoka.
Rosjanie sami mówią, że Kreml to «czarna skrzynka» - nieprzenikniona i tajemnicza. Media nie mają dostępu do jego sekretów. Ci, którzy należą do wąskiego kręgu wtajemniczonych, milczą.
Zostaje więc stara metoda zgadywania wypróbowana przez sowietologów, którzy domyślali się, co słychać w»czarnej skrzynce», z porządku ustawienia prominentów partyjnych na trybunie Mauzoleum Lenina w czasie świątecznych manifestacji.
A w hierarchii na rosyjskich szczytach ostatnio coś zaczęło drgać. Miedwiediew we wtorek zmienił odziedziczonego po Putinie autora swoich przemówień na swą dawną koleżankę. W środę gazeta «Wiedomosti» napisała, że wkrótce zKremla odejdzie szef prezydenckiej administracji Siergiej Naryszkin, też człowiek poprzedniego prezydenta. Kilka dni temu agencja internetowa Regions.ru podała, że tekę szefa dyplomacji straci Siergiej Ławrow, którego Miedwiediew nie darzy zaufaniem. Wygląda na to, że prezydent prawie półtora roku po przyjściu na Kreml zabiera się do montowania własnej drużyny.
Wacław Radziwinowicz




