VLADIMIR PUTIN
ARCHIVE OF THE OFFICIAL SITE
OF THE 2008-2012 PRIME MINISTER
OF THE RUSSIAN FEDERATION
VLADIMIR PUTIN

Media Review

9 january, 2009 14:26

«Gazeta Wyborcza» (Poland): "Europejczycy zrozumieją, kiedy nie będą mieli czego żreć"

Na swoim gazie, czy raczej na jego braku Moskwa piecze kilka pieczeni. Dowodzi partnerom z UE, że bez gazociągów na dnie Bałtyku i Morza Czarnego, które chciałby zbudować Gazprom, Europie grozi katastrofa i stara się skompromitować i doprowadzić do upadku prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenkę.

Wacław Radziwinowicz, Moskwa

Na swoim gazie, czy raczej na jego braku Moskwa piecze kilka pieczeni. Dowodzi partnerom z UE, że bez gazociągów na dnie Bałtyku i Morza Czarnego, które chciałby zbudować Gazprom, Europie grozi katastrofa i stara się skompromitować i doprowadzić do upadku prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenkę.

Do pomarańczowego szefa państwa ukraińskiego w Moskwie podchodzą dziś prawie tak samo wrogo jak do zwycięzcy innej kolorowej rewolucji przywódcy Gruzji Micheila Saakaszwilego. Nie zabierają się jeszcze, jak to ponoć powiedział Władimir Putin pod adresem przywódcy gruzińskiego, do "wieszania go za jedno miejsce", ale za partnera go już nie uważają.

Przez ostatni rok liczne konflikty rosyjsko-ukraińskie tylko się niebezpiecznie zaogniały. Reagując na plany zbliżenia Kijowa z NATO, Putin i szef jego sztabu generalnego grozili "bratniemu narodowi ukraińskiemu" swoimi rakietami jądrowymi. Kiedy Juszczenko zażądał od Rosjan, by już teraz zaczęli się przygotowywać do planowanego na rok 2017 opuszczenia bazy Floty Czarnomorskiej w krymskim Sewastopolu, Duma poprosiła prezydenta Dmitrija Miedwiediewa, by wycofał się z rosyjsko-ukraińskiego układu o przyjaźni, co pozwoliłoby Moskwie wystąpić z roszczeniami terytorialnymi wobec sąsiada.

Oliwy do rosyjsko-ukraińskiego ognia dolały jeszcze wyjątkowo ostre w ostatnim roku spory o historię. Putin chciał, by Ukraińcy wspólnie z Rosjanami uroczyście obchodzili przypadającą w przyszłym roku 300. rocznicę zwycięstwa armii cara Piotra I nad Szwedami pod Połtawą. Juszczenko zapowiedział, że Ukraina uczci, i to z wielkim rozmachem, 350. rocznicę bitwy pod Konotopem, w której wojsko kozackiego hetmana Iwana Wyhowskiego rozgromiło Rosjan.

Konflikty wokół NATO, Sewastopola, historii to jednak nic nowego. Juszczenko stał się dla Moskwy arcywrogiem z tego samego powodu co Saakaszwili - z powodu sierpniowej wojny gruzińskiej. Rosjanie twierdzą, że przywódca Ukrainy czynnie wspomagał swego gruzińskiego kolegę i kuma. Według nich rosyjskie samoloty nad Gruzją zestrzeliwali żołnierze ukraińscy, a Cchinwali ostrzeliwały czołgi i baterie rakietowe podarowane Gruzinom przez Juszczenkę.

I nic dziwnego, że teraz rosyjsko-ukraiński konflikt gazowy jest tak wyjątkowo zacięty i trwa tak długo. Dla Rosji jest on okazją pokazania Europie, że Ukraina Juszczenki nie jest partnerem godnym zaufania, a jego nieodpowiedzialność naraża Europejczyków na straty i cierpienia. Dlatego nie bez racji zresztą powtarzają, że Ukraińcy kradną gaz i nie płacą za dostawy.

Jednym z wielu błędów, które popełnili przez ostatnie cztery lata przywódcy pomarańczowej Ukrainy, jest ich niby-chytra gra z Moskwą. Ogłaszając światu, że chcą się wyrwać na Zachód ze strefy wpływów Moskwy, liczyli jednocześnie na to, że Rosja będzie ich zawsze zaopatrywać w surowce po "bratnich" cenach. Jakby nie rozumieli, że niskie rachunki za gaz to właśnie cena za pozostawanie Ukrainy w strefie wpływów Rosji. Nie wyciągnęli gospodarki kraju z narkotykowej zależności od taniego gazu i teraz Kijów niezależnie od tego, jak skończy się wojna gazowa, stoi w obliczu katastrofy gospodarczej.

Moskwa stara się skompromitować Juszczenkę nie tylko w oczach Europy. W poniedziałek premier Putin, rozmawiając przed kamerami z szefem Gazpromu Aleksiejem Millerem, pytał go, jak kryzys gazowy odbija się na zwykłych Ukraińcach. A usłyszawszy, że dotkliwie, ubolewał, że przywódcy Ukrainy nie przejmują się losem narodu. - A my - dodał - przyjmujemy się, bo to nie są przecież obcy dla nas ludzie. Te słowa premiera rosyjskie telewizje przekazały na prawie całą Ukrainę.

Noworoczna rosyjsko-ukraińska wojna gazowa jest też doroczną akcją promocyjną gazociągu bałtyckiego i jego południowego bliźniaka, który po dnie Morza Czarnego ma dostarczać gaz rosyjski na Bałkany. Bardzo dosadnie wyraził to wczoraj w rozmowie z Radiem Echo Moskwy Dmitrij Rogozin, ambasador Rosji przy NATO. Jego wywód sprowadzał się do tego, że Europejczycy, kiedy zmarzną i "nie będą mieli czego żreć", zrozumieją, że opowieści "niedrugów Rosji" o tym, że "Moskwa bierze Europę w kleszcze swych gazociągów", to bzdury. A kiedy zrozumieją, "szybciutko" zabiorą się za układanie rur na dnie Bałtyku i Morza Czarnego.

Borys Niemcow, były wicepremier, dziś opozycjonista, ostrzega, że zapędziwszy się w bardzo ostry w tym roku konflikt gazowy, Rosja kompromituje się jako dostawca gazu, na którym można polegać. Na Kremlu takimi ostrzeżeniami raczej się nie przejmują. Tam wierzą w teorię nadwornego politologa Siergieja Karaganowa, twierdzącego, że nowy kapitalizm Rosji i Chin jest lepszy od zniewieściałego kapitalizmu Europy czy USA i zawsze będzie z nim wygrywał, bo jest bardziej bezwzględny, cyniczny i agresywny.